zspigp@vp.pl (75) 77-38-223 | (75) 77-38-227

Wycieczka do USA
12 stycznia 2017
0

Wycieczka do USA


Niedawno jeden z naszych absolwentów wyruszył do Stanów Zjednoczonych oto jego reportaż:

Cześć. Nazywam się Damian Sochacki. Studiuję Turystykę i rekreację na wrocławskim AWF-ie i chciałbym Wam opowiedzieć o mojej amerykańskiej przygodzie. Zaczęło się to wszystko dość wcześnie, ponieważ myśl o wyprawie przez Atlantyk przeleciała przez moją głowę pod koniec sierpnia 2015. Nie zastanawiałem się wtedy długo, zaaplikowałem się na stronie Camp Leaders Polska i czekałem na dalsze wiadomości. Z końcem listopada, po rozmowach wstępnych z konsultantem, podjąłem decyzję podpisania umowy z tą organizacją. Pozostało znaleźć pracodawcę, co udało mi się zrobić niecały tydzień później. Na pierwszych targach pracy, na początku grudnia w Krakowie, jako ostatni na liście studentów, przeszedłem 15- minutową rozmowę z Amerykaninem, który oczekiwał kreatywnego podejścia do życia. Chyba mi się udało, bo wybrał mnie spośród 30 osób, zabierając na swój kamp 8 osób z Polski. Moja aplikacja na stronie była prawie kompletna. Znalezienie pracodawcy było najważniejszym punktem, który udał mi się bez większych problemów. Więc przed rozpoczęciem 2016 roku wiedziałem, co będę robił latem 2016 roku.

Island Lake Camp – do którego dostałem promocję pracy jako housekeeper i pracownik pralni – był jednym z większych tego typu obiektów w Pensylvanii. W Stanach Zjednoczonych wysyłanie dzieci na kampy jest bardzo popularne, co można było zauważyć w samym stanie Pensylwania, gdzie znajdowało się bardzo dużo konkurencyjnych miejsc. Island Lake posiadał m. in. własny teatr, cyrk, czy rock shop (miejsce do nauki gry na instrumentach), ale to oczywiście tylko początek. Informacje, które wyczytałem i widziałem na stronie internetowej kampu miały przekład w rzeczywistości, ale po kolei.

Wizę turystyczną uzyskałem na początku maja. Po wcześniejszym załatwieniu większości dokumentów, mój wyjazd był dopięty na ostatni guzik. 16 czerwca był dniem, kiedy opuszczałem ojczyznę i wtedy zaczęła się niesamowita przygoda. Pierwszy raz tak długo leciałem samolotem! Obawy były, rzecz jasna, ale wszystko przebiegło wzorowo. Nie było nudy, każdy z pasażerów miał swój własny ekran. Mógł korzystać z e-booków, oglądać filmy, czy nawet telewizję.

Na miejsce dotarliśmy z nowojorskiego lotniska po 3 godzinach jazdy autobusem. Cała obsługa kampu, do której należałem, przyjeżdżała w ten sam dzień, w którym mieliśmy czas na zapoznanie się z całym obiektem i naszymi miejscami pracy.  Moim domem przez następne 2 miesiące stał się drewniany szałas, w którym mieszkaliśmy w 12 osób. Poznałem osoby z Kolumbii, Meksyku, Węgier, Słowacji, Anglii, Czech i Wenezueli. To było niesamowite przeżycie, spotkać osoby z tak odległych miejsc od Polski, poznać ich kulturę i sposób patrzenia na świat. Każde z nas było studentem i przyjechało przeżyć przygodę życia.

Pracę rozpoczęliśmy dzień później. Nasz team sprzątaczy i sprzątaczek liczył 8 osób plus nasza kierowniczka Ania, która od wielu lat spędza wakacje na Island Lake, i na dodatek jest Polką. Moja praca opierała się głównie na zbieraniu brudnego prania sprzed szałasów camperów (dzieci, które przyjechały na kamp), praniu je i dostarczaniu pod szałas. Naszym zadaniem było również codziennie posprzątać „na błysk” każdą łazienkę w każdym szałasie. Wydaje się, że codziennie robiliśmy te same czynności, ale możliwość przebywania w gronie ludzi z całego świata, posługiwanie się językiem angielskim, było za każdym razem nowym doświadczeniem.

Pracę rozpoczynaliśmy o godzinie 8:45 po śniadaniu, kończyliśmy zazwyczaj około godziny 17.00. Mieliśmy dużo czasu dla siebie, by poznać każdego z naszego teamu. Tworzyliśmy naprawdę zgraną drużynę i tylko mogłem się cieszyć, że tam jestem. Ponadto na kampie nie funkcjonowało coś takiego, jak zasięg w telefonie, czy wi-fi – to się nazywa odpoczynek! Po miesiącu kierownictwo postanowiło zamontować dla nas komputery z Internetem, bo każdy z nas chciał zaplanować swoją podróż po zakończeniu pracy na kampie.

Przebywając na kampie zauważyłem, że nie funkcjonowało tam coś takiego jak pan czy pani. Każdy stał na takim samym stanowisku i z każdym można było pogadać; coś w stylu: Cześć, co tam? Nawet z szefem kampu. To powodowało dobry kontakt między nami.

Nasz kamp przyjmował od 200 do 300 dzieciaków na jeden turnus, a turnusów mieliśmy trzy w ciągu całego naszego pobytu. Dzieci zapewnione miały praktycznie wszystkie sporty, jakie mogły sobie wymyślić, a przy tym animatorów wybieranych spośród najlepszych z całego świata. To było nowe doświadczenie zobaczyć tak dużą inwestycję w młodzież, która przyjeżdżała tam i naprawdę nie nudziła się w ciągu dnia. Po takim pobycie na kampie, dziecko potrafi podjąć decyzję, czy chciałoby uprawiać tenis ziemny, czy może chce jeździć konno. Miło było patrzeć, jak rozwijają swoje pasje.

Podczas jednego z dni wolnych podczas pracy na kampie udało nam się pojechać do Bostonu. Podziwialiśmy tam wieloryby w oceanie, spacerowaliśmy po miejscach historycznych. Spotkałem się tam z moją super koleżanką Kasią, z którą od podstawówki chodziłem do jednej klasy. Dwie osoby z małej wsi nagle spotykają się w Bostonie – trudno tak po prostu opisać to uczucie. Pięknie było! Kasiu, dzięki!

 

Praca na kampie to wbrew pozorom bardzo ciekawe doświadczenie. Trudno było rozstać się z tymi ludźmi, gdy dobiegał koniec naszego kontraktu. Naprawdę tworzyliśmy tam świetną, zgraną drużynę. 18 sierpnia to dzień wyjazdu  i start podróży po Ameryce. Ja zatrzymałem się na 5 dni w Nowym Jorku i 6 dni w Miami. Nowy Jork to było istne szaleństwo – miasto skupiające mnóstwo kultur, nigdy nie śpi, a życie tam toczy się bardzo szybko. 5 dni w Nowym Jorku były dla mnie jak 5 minut. Odwiedziłem wszystkie, według mnie, miejsca, które były ciekawe. Bardziej kierowałem się tym, co mnie się może podobać, niż tym, co trzeba zobaczyć w Nowym Jorku. Na pewno niesamowitym przeżyciem było obserwowanie Manhattanu i Mostu Brooklynskiego podczas zachodu słońca. Byłem na meczu New York City, co było jednym z moich marzeń. Odwiedziłem polską dzielnicę w Nowym Jorku – Greenpoint, gdzie serwują schabowego i bigos, i wszędzie słychać język polski. To uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu w Nowym Jorku, a pani pyta: Co podać? Mega! To trzeba przeżyć!

Z Nowego Jorku busem 27 godzin do Miami, totalna zmiana klimatu. Palmy, 35 stopni i odpoczynek do końca mojego pobytu w USA.  Tam był już czas na zabawę, „cziling” i „smażing”. Mogłem spotkać tam część osób z kampu, którzy również odpoczywali w Miami i uwaga: znajomych z wrocławskiego AWF-u, z mojego kierunku, którzy również, po pobycie na swoim kampie, przyjechali do Miami. Nie odwiedziłem Parku Narodowego Everglades niedaleko Miami, jak i również nie udało mi się pojechać na Key West, ale miałem więcej czasu dla siebie, a to sobie bardzo cenię podczas podróżowania.

Pobyt w Miami dobiegał końca. 29 sierpnia lot z Miami do NYC, a później już do Frankfurtu i do Warszawy. Wyszedłem z hotelu w Miami o 10 rano w poniedziałek, a do stolicy Polski dotarłem w środę o 9 rano. Łącznie jakieś 18 godzin czekania na samolot, ale udało się wrócić – całym i zdrowym.

Przywitałem się z Polską, odetchnąłem i stwierdziłem zdecydowanie, że ten wyjazd był najlepszą decyzją w moim życiu. Najważniejszy jest ten pierwszy krok i nie ma się czego obawiać, tylko wierzyć w siebie i spełniać swoje marzenia.

Wycieczka absolwenta do USA

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: